Dookoła skrzą się bożonarodzeniowe światełka. To magiczny czas. W nas także rozpala się iskierka nadziei, przenika nas altruizm, rodzący się samoistnie lub umiejętnie stymulowany przez media i fundacje. Radością chcemy się dzielić jak opłatkiem. Ale Boże Narodzenie i Nowy Rok to także czas refleksji, której towarzyszą próby czynienia bilansów dotychczasowych dokonań. Niektórzy zdobywają się nawet na rachunek swego ludzkiego i obywatelskiego sumienia, po to tylko, by po Świętach wrócić do doskonale znanej normy dnia powszedniego. W radosnym klimacie Świąt są także enklawy smutku. Szczególnie dojmujący jest w tych dniach ból samotności i gorzka jest świadomość przemijania.

Moje wykształcenie filologiczne oraz praca zawodowa (nauczyciel polonista) nie dawały mi wielu szans, by patrzeć na naszą ziemską wędrówkę jedynie okiem beztroskiego turysty. Literatura jest zapisem blasków i cieni ludzkiej egzystencji. Uczy pokory i skłania do zadumy nad człowieczym losem. Praca nauczyciela polonisty w szkole średniej to ustawiczne przeżywanie ludzkich wzlotów i upadków, bo przecież uczniowie mają osiągnąć próg dojrzałości, a więc poznać także smak tego, co transcendentne i ostateczne. Dobry nauczyciel to ten, który umie krańcowe doświadczenia egzystencjalne przedstawiać jako te, które są po prostu nieuniknione i konieczne, ale też jako te, które nie odbierają wiary w sens ziemskiej egzystencji. A przecież egzystencjaliści mówili, że absurdem jest, żeśmy się urodzili i absurdem jest, że pomrzemy. Uznać tę tezę za prawdę absolutną, znaczyłoby uwierzyć w bezsens istnienia.

Dlatego zdobądźmy się na odrobinę dystansu i refleksję egzystencjalną, w której jest miejsce na prawdę obiektywną, lecz także na trudny optymizm.
Wiem, czym jest Conradowska „smuga cienia”, wiem, kiedy zaczyna się „przymiarka do śmierci”, znam jej ćmiący ból. Natomiast sądzę, że lęk, który nigdy nas nie opuszcza, ten egzystencjalny lęk, jest tylko potwierdzeniem naszego istnienia. To on nadaje smak każdemu spotkaniu z codziennością, to dzięki niemu tak bardzo pragniemy, choćby raz jeszcze, poczuć woń kwiatów, zobaczyć błękit nieba, a pod nim zieleń drzew i traw. To on popycha nas do działania. A to działanie jest buntem przeciwko absurdowi istnienia i świata.
Wiem, że religia katolicka te niezbadane otchłanie istnienia i labirynty świata próbuje objaśniać i tłumaczyć tajemniczą, niezbadaną, a jednak ostatecznie sprawiedliwą wolą Stwórcy, no i życiem pośmiertnym.

Moja natura sceptyka i agnostyka nie pozwala mi jednak na tak infantylne i naiwne w swej prostocie kojenie egzystencjalnych rozterek. Jeden z więźniów Oświęcimia, wspominając obozowy koszmar, pytał: „Gdzie był wtedy Bóg?” Po czym odpowiadał z goryczą i smutkiem: „On był na urlopie”.

Co można przeciwstawić tej konstatacji? Już chyba nic. Jakże można wierzyć w człowieka, skoro nie można uwierzyć w Boga? A z drugiej strony to przecież jest tak, że wiara w Boga często jest pochodną braku wiary w człowieka. Ucieczka do Boga jest poszukiwaniem bezpiecznego azylu, bo człowiek jest zdolny do wszystkiego co najgorsze. Dzisiejszy konflikt świata islamu ze światem chrześcijańskim potwierdza to, a jednocześnie przekreśla prawdziwość jednej z najstarszych maksym: „Historia magistra witae est”. Nasza rzeczywistość społeczna i polityczna jest także smutnym potwierdzeniem tego, że nienawiści, wrogości i zawiści jest w nas ponad wszelką miarę.

Dlatego Mickiewiczowskiego Konrada podziwiam niezmiennie i kocham, on jest moim duchowym bratem. On ma odwagę przeciwstawić Bogu swoich ziemskich cierpiących braci i stanąć po ich stronie. Dzisiaj niewielu ma tę odwagę. Wielu najczęściej wybiera ucieczkę w kojące dźwięki kościelnych organów i zapach kadzideł. Natomiast o ich stosunku do współbraci świadczą najlepiej informacyjne serwisy radiowe, telewizyjne, prasowe… Pokazują one naszą codzienność jako tragikomiczne piekiełko i kłębowisko najgorszych instynktów otulonych płaszczykiem obłudy.

Cóż można więc zmienić? Jedyne, co możemy zrobić, to podjąć, wbrew wszystkim demagogom, trudne budowanie wiary w człowieka, na przekór twierdzeniu, że „homo homini lupus est”.
Wiem, że coraz trudniej jest uczestniczyć w codziennym wyścigu ku wszelkim dobrom, jakimi kusi nas współczesny świat, coraz trudniej sprostać wymaganiom tzw. „nowoczesności”, która po prostu wydaje się coraz bardziej zdehumanizowana. Może więc dobrze, że nie zawsze dotrzymujemy kroku?

A to, że formularze papierowe swoich płatności wielu z nas przedkłada nad faktury elektroniczne? To tylko jeszcze jeden dowód na to, że jest w nas potrzeba bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem i z realną materią życia. Zmęczenie i niekiedy smutek nie znaczą absolutnie, że należymy do tych, którzy „zeszli na pobocze”. Nawet wiek 50+ lub 60+ niczego nie przesądza. Idziemy wszyscy tym samym traktem, którym szli ci, których kochaliśmy, a których już nie ma wśród nas. Starsi idą może nieco wolniej niż młodzi, bo przecież dźwigają balast wielu lat, wielu doświadczeń – ale idą spokojnie ku celowi, którego nie sposób ominąć ani przeoczyć. Tym traktem podążamy wszyscy bez wyjątku, chociaż każdy idzie własną, niepowtarzalną ścieżką. Po drodze są spotkania niosące radość i szczęście, ale są też pożegnania, a z nimi ból, smutek, rozpacz… I to jest ważne, tego nie można bagatelizować, pomijać, umniejszać.

Dramaty życiowe naszych bliskich bolą nas bardziej, niż własne, a najbardziej boli nas strata najbliższych. To jest bardzo ludzkie, tak powinno być. To po prostu zwykła ludzka solidarność i poczucie wspólnoty losu. Bo czyż sens życia polega na tym, by przeżyć jeszcze jeden dzień więcej? Jeden z bohaterów „Dżumy” A. Camusa mówi, że pozostaje w zadżumionym Oranie, bo „byłoby wstyd samemu tylko być szczęśliwym”.

Czy strach ma sens? Z pewnością nie ma sensu strach przed tym, co nieuniknione i konieczne. Najczęściej boimy się tego, co nieznane, niepewne, tajemnicze, zagadkowe. Los pośmiertny nie jest zagadką ani tajemnicą, bo przecież z prochu powstaliśmy i w proch się obracamy, i to wszystko. Będziemy, co najwyżej, wykopaliskowymi eksponatami przyszłych archeologów. Lękiem napawa nas myśl, że śmierć to po prostu „koniec balu”, na który „drugi raz nie zaproszą nas wcale” – jak mówiła Agnieszka Osiecka. Ale trzeba się z tym pogodzić, a więc skoncentrować się na tym, co tu i teraz można zrobić, aby naszemu życiu nadać ludzki sens.

Nie ma jednak ucieczki od surowych praw, jakimi rządzi się życie. Możemy tylko próbować je uczłowieczyć, to znaczy zmieniać siebie i swoją hierarchię wartości. To akurat jest możliwe, chociaż najtrudniejsze.
Szekspir mówi, że życie jest „…powieścią idioty,/ Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą”. („Makbet” akt V. sc. 5.).
Ale o tym, czy życie jest „powieścią idioty”, czy piękną baśnią, decydujemy w dużej mierze my sami.
Śmierć to zupełnie inna kwestia. Na przekór losowi i paradoksalnie można powiedzieć, że jest ona tylko potwierdzeniem naszej nieśmiertelności, bo – jak mówili starożytni mędrcy – gdy jesteśmy my, nie ma śmierci, a gdy przychodzi śmierć, nie ma nas, po prostu mijamy się tylko...

W tym magicznym czasie nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku przypomnijmy więc słowa Jana z Czarnolasu:

„Nie porzucaj nadzieje,
Jakoć się kolwiek dzieje:
Bo nie już słońce ostatnie zachodzi,
A po złej chwili piękny dzień przychodzi.”

 

Specjalnie dla MAGAZYNU DRAWSKIEGO: Eugeniusz Suchorypa